A tymczasem...

Witajcie!:)

Pisałam na fejsbuku, ale tutaj też by wypadło, bo wiem, że nie każdy posiada, czy też śledzi nasz profil. :)

Kochani, tymczasowo zawieszam pisanie bloga. Jak widać, nie mam zwyczajnie czasu, aby go prowadzić. Pochłonęło mnie mnóstwo codziennych, czasem też dziwnych spraw.
Ten rok jest bardzo zakręcony, uczę się żyć na pełnych obrotach. Poświęcam się wszystkiemu całkowicie. Kończy się to różnie.
Tak jak ostatnio zapaleniem płuc ;), albo jak teraz, totalnym przemęczeniem. :)
Zamierzam teraz troszkę przystopować, jeśli będę miała możliwość.

Został mi zaproponowany awans w pracy, na kierownika, który przyjęłam, licząc się (bądź nie) z natłokiem obowiązków. Część zaatakowała z góry, od razu. A część wzięłam sama na siebie. Wiadomo jak to wygląda na początku, ważne, aby pokazać się z jak najlepszej strony.


Jutro odpoczywam, może uda mi się nadrobić Wasze posty? Mam nadzieję. :)

Przesyłam buziaki i mam nadzieję, że do przeczytania. :)






Niemoc

No wiem, wiem. Prawie miesiąc ciszy.
Co mam na swoje usprawiedliwienie?
Przesilenie wiosenne. I niemoc taka mnie ogarnęła.
Siedzę na L4 w domu, zapalenie płuc leczę, doleczyć nie mogę. Czasu więc niby dużo mam, no nie?
No mam. Ale ta niemoc, która mnie trzyma w łóżku jest tak silna, że nawet zwleczenie się rano i wieczorem na zastrzyk wymaga ode mnie nie lada poświęceń.

Tak więc leżę, czytam, oglądam, słucham, marudzę, narzekam, jem tonę słodyczy i płuca wypluwam kaszlem. Potem wpadam w depresję, bo zerowy kontakt z ludźmi, a ja muszę mówić, rozmawiać! A wszyscy się boją moich zarazków. :)

Myślę o Was. I o blogu. Że coś by wypadało napisać, ale niemoc zabrała też wenę.

Napiszę więc kilka dialogów chłopców, wstawię kilka swoich depresyjnych zdjęć i obiecuję wrócić jak tylko wróci moc. :)

Tymek: Mamo, chcesz być już zdrowa?
Ja: No chcę
Tymek: To życzę Ci zdrówka!

Emil: Jak się czujesz mamusio?
Ja: Ano boli mnie jak kaszle, wiesz?
Emil: To ja tu z Tobą posiedzę, żeby Cię nie bolało. Nie żartuj, posiedzę.
Okeeeej....

Tymek: Masz motylka? (że wenflon)
Ja: No mam
Tymek: I dajesz mu pić?
I zaklinam go, żeby już odleciał.

Tymek: Po co w tirze koło zapasowe?
Tata tłumaczy
Tymek: Są też auta, które mają na bagażniku koło zapasowe, terenówki na przykład
Mama: Ty wszystko wiesz Tymusiu!
Tymek: Wiem, bo mi odpowiadacie jak pytam. Ale jak nie pytam to też wiem.

Tymek mierzy kurtkę w sklepie. Wybrana naprawdę fajna, porządna i nad morze mogłaby być, w deszczową pogodę, podczas spaceru brzegiem morza... No dobra, rozmarzyłam się.
Ja: I co? Bierzemy?
Tymek: Nie, nie podoba mi się.
Ja: Ale jak? czemu?!
Tata: Zobacz jaki fajny zamek zielony! I dziurka na kciuka jest!
Tymek: Nie chcę jej.
I foch.
Ja zrezygnowana: To co chcesz?
Tymek: Kamizelkę.

Ok. Mierzy kamizelkę.
Ja: Może być? Będziesz ją nosił?
Tymek: Będę! :)
Tata: Nie wierzę, że to już nastąpiło... Że już sam w sklepie decyduje co mamy mu kupić....
Czekaj kochanie, jeszcze czeka nas zakup butów :)

Tymek: A gdzie ja włożę czapkę i chustkę do rękawa, jak kamizelka nie ma rękawa?

Tymek: Mamo, mam teraz dwie narzeczone. Jeszcze Roksankę.
Nie ukrywam, że już się pogubiłam zwłaszcza, że...

Tymek: Pani Marlenka już nie jest moją miłością.
Tata: Czemu?
Tymek: Bo mówi na mnie dzidziol.
Pani Marlenka pracuje w przedszkolu, wielka miłość Tymka.

Dziękuje za uwagę, teraz kilka zdjęć, jak spędzam te piękne wiosenne dni! :)


Caaaałe dnie w łóżku. Do znudzenia.
Ja i moje adhd.
Bu.



Po pięciu dniach męczarni wyjęli mi to dziadostwo,
 tylko po to, żeby na drugi dzień znowu założyć, w drugiej ręce... 



Ooo, patrzcie. Tak się cieszyłam, kiedy myślałam, że to koniec z wenflonem. 
Za godzinę miałam już depresję.

Czas  na dożylne "śniadanko" w przychodni.


Wiedźmin. Cóż, sama bym po to nie sięgnęła.
Ale choroba mi we łbie poprzestawiała.











Zebranie u Emisia

To już.
Stało się.

Hasło: zebranie w przedszkolu, a Ty idziesz jak na ścięcie.
Nie wiesz co usłyszysz, nie wiesz czego się spodziewać.
Byłoby łatwiej, o niebo łatwiej, gdyby nie ciągłe rozmowy z przedszkolankami, w ciągu ubiegłego tygodnia.
Już czuliśmy się jak na dywaniku u dyrektora ;-), a tu jeszcze zebranie. Olaboga.

W drodze do przedszkola, rzucam hasło do męża:

- Jak zaczną coś na Emila mówić, to odwracamy się do tyłu, że to niby nie do nas.

Cóż, fakt. Było kilka momentów, gdzie to ludzie odwracali się w naszą stronę i śmiali, nie dało się ukryć, że to my jesteśmy rodzicami Emila. :P

Najciekawszy moment zebrania?
Kiedy rodzice zaczęli wypytywać przedszkolanki o posiłki dzieci.

- Jak to bez soli?! Biedne dzieci! Szkoda, że są za małe, żeby z własną solniczką przychodzić...

- Ciemne pieczywo?! Fuuuuujjjj, biedne dzieci...

- Makaron ze SZPINAKIEM?! OLABOGA!


No cóż, my tak właśnie dzieci karmimy... Już wiem skąd takie chorowite te dzieci dookoła. :P

Panie opowiadają, że dzieci jedzą góra jedną kromkę ciemnego pieczywa. No wiadomo, jest zbite, bardziej zapycha.
Pada wzrok na nas i:

- Poza Emilem, on zjada 4-5 kromek i prosi o dokładkę.

:D Cóż, znamy to, znamy. :D Co ciekawsze, w domu też je śniadanie. Często wcale nie małe. :D

Kolejna ciekawa rzecz jaka padła, to:

- Dzieci nie skupiają się podczas czytania, nie wiedzą o czym czytamy. Prosimy czytać dzieciom w domu, to jest bardzo ważne!

I kolejna duma moja ;)
Poza Emilem! Siedzi, słucha, odpowiada na pytania dotyczące przeczytanej bajki. Uwielbia jak mu się czyta.

Panie zaproponowały, aby może jakiś rodzic czasem przyszedł i przeczytał dzieciom w przedszkolu książkę. Las rąk oczywiście. ;) Więc zgłosiłam się ja, wiadomo, zrobię to z przyjemnością. :)

A to już typowo po starszym bracie - Emil wycisza się przy puzzlach. Coś się dzieje, nie radzą sobie z nim, sadzają go przy stoliczku z puzzlami i znika. :) Układa po 50 elementów mniej więcej, kiedy inne dzieci po 12-15 sztuk. Miłość Tymka do puzzli przynosi efekty. :)
Za to kolorowanki nie interesują go w ogóle. :P

Koniec końców, nie było tak źle, AŻ takim łobuzem nie jest. Jak śpi na drzemce. :) Gorzej jak nie. :P

Wtedy z Szymonkiem np. liżą ściany, a zapytani, czemu to robią, zrzucają winę na tego drugiego. ;)







Tyle miłości...

... w dwa dni. :)








Tymuś w poniedziałek miał stan podgorączkowy i był z lekka osłabiony. Idealnie trafił, bo akurat czekały mnie tzw. dni wolne od pracy (tzw. bo w praktyce bardziej napięty grafik i bardziej męczące dni, aniżeli w tej pracy bym była).

We wtorek wprowadziliśmy chorowanie pełną gębą. :) Poducha, koc i inhalator na narożnik. Bajki do oporu, a ława wyglądała tak:

Sok pomarańczowy z wit C, herbatka z miodem i wit C, inhalacje ze srebrem koloidalnym, kieliszek ze srebrem do picia, wit D w kropelkach i tona chusteczek. :)
Tymcio pociągał noskiem,  był osłabiony i nawet skusił się na drzemkę. :) Oczywiście ze mną, gdziez bym odpuściła taką okazję. :)

W środę pospał do 8 i wstał już tylko z lekkim katarem, tak więc opłaciło się męczenie go tymi wszystkimi specyfikami, skoro wszystko odpuściło po jednym dniu. :)

Te dwa dni były mega fajne. Dużo przytulasów, buziaków i fajnych rozmów. Uwielbiam, kiedy są w domu ze mną. :) 
Szkoda tylko, że Emisia musieliśmy profilaktycznie wygonić do przedszkola, ale nadrobimy. :)

Dzisiaj Tymcio jeszcze u babci, tak na wszelki wypadek. :)

Tymuś: wiesz jak Cię mamusiu kocham?
Ja: jak?
Tymuś: na 120 metrów!
Ja: ojej! tak dużo?!
Tymuś: tak dużo! a Ty mnie?
Ja: na 150 metrów!
Tymuś: ja Ciebie też na 150 metrów! bo my się kochamy po równo, prawda?

Tymuś: ja w nocy nie śpię, wstaje i idę na spotkanie z kolegami!
Ja: ooo, naprawdę?
Tymuś: no jeszcze nie byłem, ale pójdę
Tata: no kiedyś to pewnie będziesz tak chodził :)
Tymuś patrząc na mnie: nie, będę wtedy przy Tobie

Nie muszę mówić, ze się tam prawie rozkleiłam? ;)

Emiś za to pokłócił się ze swoim ulubionym Szymonkiem.

Emiś: teraz bawię się z Borysem
Ja: ooo, a czemu nie z Szymonkiem?
Emiś: bo zrobiłem tak "ene due rike fake, torba borba ósme smake, bęc" i wypadł Borys
Ja: aaaahaaaa.....

Emiś: kto jutro po mnie przyjdzie?
Ja: tata
Emiś bardzo słodkiem głosikiem: ooo....mój kochany tatuś...

Tymuś: kto się większy urodził, ja czy Emil?
Ja: Ty
Tymuś triumfalnie: HA!

Ja: Tymcio, babcia Ewa się pochorowała 
Tymuś: to musi pić witaminkę c, soczek z wszystkim pomarańczowych owoców i soczek z malin!

Ja: Emil, tak sobie myślę, że jakbyś w przedszkolu sprzątał po sobie zabawki, to by się panie nie złościły
Emil: no pewnie, ale bez przesady.








Wieczorne wędrówki

Być może wiele z Was zna ten temat. My go poznaliśmy jakiś czas temu i nie wierzę, aby było nam dane szybko o nim zapomnieć. :)

Przychodzi pora spania. Wszystkie czynności, które muszą być wykonane przed, w tym czytanie, mamy już za sobą.



I zaczyna się.

Otwarcie drzwi nr 1.

Emil: chcę sikać!
Mama, tudzież tata: no to idź.

Otwarcie drzwi nr 2.

Emil: chcę kupę!
Mama, tudzież tata: no to idź!

...

Emil: sprawdzisz mnie?
Mama, tudzież tata: ...

Otwarcie drzwi nr 3.

Emil: chcę się przytulić do mamy!
Mama: no to chodź!

Otwarcie drzwi nr 153.

Emil: chcę wody!
Mama, tudzież tata: masz na stoliku!
Emil: już wypiłem!
Mama, tudzież tata: (%&^$##((&)

Emil: bolą mnie nogi, zanieś mnie.
Mama: skoro dałeś rade tu przyjść, to dasz radę wrócić
Emil: NIE! bolą mnie nogi! nie dam rady!
Mama (po kilku minutach negocjacji): chodź! i nie opowiadaj ciągle jak Cię to nogi bolą, mów prawdę.

I wkracza Tymek:

Tymuś: z czym kłamie Emil?
Mama: że go nogi bolą
Tymuś: tak, tak właśnie myślałem.
Otwarcie drzwi nr 487214128742.

Emil: chcę dać mamie wielkiego buziaka!
Mama: (%$$^*&$#*!!!!) no to chodź!


I zaczynamy jazdę:

Emil: chcę tu spać
Mama: yyy nie?
Emil: chcę tu spać! nie wyśpię się w swoim łóżku!
Mama: Emilku, oglądamy film, idź do siebie
Emil: nie będę oglądać, będę spać
Mama: Emilku...
Emil: idę po kołdrę.

Minutę później wgramala się na łóżku, kładzie pod ścianą i idzie spać (tuż po tym jak mnie pomizia po twarzy, włosach, powie sto razy: moja kochana mamusia). My oglądamy, zerkając czy nie podgląda, bo sceny brutalne na laptopie się odgrywają.

I potem dwie opcje.

1. Zasypia i śpi do rana.
2. Zasypia, ja się gotuję grzana przez dwóch chłopa, zanoszę Emilka do łóżka, tłumacząc, ze gorąco, spać nie mogę, niech przyjdzie już rano.

Opcja pierwsza jest jasna. Opcja druga dzieli się na kolejne podpunkty.

a) i tak przylezie, więc albo go zostawiam i śpi do rana...
b) albo go znowu zanoszę i wtedy...

* wraca jak bumerang.



Chorowanie w naszym wydaniu, cz. 2

Mimo, iż minął rok od dodania pierwszej części, wpis jest ciągle komentowany, a ja dostaje od Was w mailach zapytania na ten temat.
Dlatego postanowiłam go zaktualizować.
Od tamtego czasu się dużo u nas zmieniło.
Teraz z apteki mamy jedynie syrop na alergię dla Emiśka (wiadomo, nasz ukochany okres czyli styczeń - czerwiec).

Rok temu pisałam o zmianie pediatry i że to właśnie dzięki niemu wyszliśmy na prostą. Pediatra został ten sam, ale nasza częstotliwość wizyt została okrojona do może jednej rocznie.
Zdarzało nam się jednak, że musieliśmy jechać na Izbę Przyjęć do dziecięcego szpitala, bo gorączka sięgała 40,6 (Emil). Tam zlecają od razu badanie krwi, moczu, tak więc po godzinie wiemy na jakim poziomie jest crp i czy czasem nie ma zapalenia układu moczowego. Jest to na tyle w porządku, że nikt nas tam nie zatrzymuje, dostajemy (jak wtedy z Emiśkiem) informację, że to po prostu zapalenie gardła, a leczenie wprowadzam w domu sama, to sprawdzone.
Ta gorączka okazała się jednak zapowiedzią szkarlatyny, która przeszedł najpierw Emiś, potem już dużo gorzej Tymek, a na końcu (to było straszne) i ja. Nie da się uciec przed wszystkim.

Mimo to, mogę z czystym sumieniem napisać, że udaje nam się uciec przed znaczną większością wirusów. Tych przedszkolnych, krążących w rodzinie, czy na dworze. Ja choruję częściej niż chłopcy. I dłużej, bo siebie leczyć nie umiem (nie chce mi się zwyczajnie). Ostatnio miałam anginę ropna, teraz mam zapalenie zatok. I lenia w pilnowaniu, aby do w końcu doleczyć.

U chłopców kończy się wszystko na samym katarze, albo na samym kaszlu. Nie rozkłada ich, osłuchowo są czyści, gardła ładne, bez stanów zapalnych. A nawet jeśli choroba się rozwija, leczymy ją w domu, sami. Wirusowe zapalenie oskrzeli też.

Jak działamy, kiedy coś wisi w powietrzu? Już nie lecę do pediatry po receptę na mucosolvan, okazał się takim samym syfem jak wszystko inne.
W naszej apteczce znajduje się kilka "must have".
  • Srebro koloidalne - do inhalacji, do picia, do kropienia nosa, do psikania w bolące gardło, do przemywania oczu i zmian na ciele. Zawsze skuteczność 100%, nie zawiodło nas ani razu, dwa dni i po wszelkich infekcjach. Po pierwszym Runmageddonie (a nawet tuż przed startem) złapała mnie mocna chrypa, jedno płukania gardła SK i po sprawie. Działa antybakteryjnie, naturalny antybiotyk.
  • Witamina C lewoskrętna - kupuję kilogram i pijemy mocny kwas, w momencie kiedy kogokolwiek coś bierze. W domowej apteczce mają to też moi rodzice i teściowie. Jest świetne na każde przeziębienie. Na kaca - niezawodne. :)
  • Woda utleniona - po rozcieńczeniu do płukania gardła i kropienia nosa. Świetnie działa na zapalenie ucha. Działa antybakteryjnie.
Wszystko to sprawdzone, przetestowane niejednokrotnie. Metoda prób i błędów doszłam do tego, co działa na chłopaków (i męża:)) najlepiej i najszybciej.
Wizyty w aptece całkowicie odeszły w niepamięć.
U pediatry czasem pojawić się trzeba (choćby po skierowanie czy osłuchać), ale nie kończy się to wykupywaniem recept.

A co z dietą? Przecież każdy z nas wie, a raczej wiedzieć powinien, że odporność znajduję się w jelitach i tak powinniśmy ją wspomagać. Mogłabym napisać jak się odżywiamy, ale w większości będzie się to tyczyło nas, rodziców, w 90% Tymka i w może 10% Emila ;)
Dlaczego? Bo My i Tymek lubi zdrowo jeść, lubimy warzywa, owoce, kombinowane dania. Tymkowi odjęłam 10%, bo jako dziecko posiadające czwórkę kochających dziadków i gromadkę rozpieszczających cioć i wujków, zjada wraz z bratem słodycze. od czasu do czasu, ale pojawiają się. Staramy się zastępować czekoladę tą gorzką (uwielbiają ją!), ale wiadomo. :)
Tymek uwielbia owsiane ciastka (bez cukru, na bananie) czy naleśniki (mąka owsiana, banan, jajko, woda), za to Emil...
Cóż, jego jadłospis (domowy) to bułka razowa z miodem (tu choć staramy się, żeby to było jak najlepszej jakości), mięcho (duzo mięcha, kocha mięcho, mięcho, mięcho) i banany.
Oczywiście w przedszkolu coś tam dziubnie, w domu czasem i zupę zje. Jednak jest to ciągle nie to, co bym chciała. Zganiam tu na problemy z SI i wrażliwa jamę ustną, która niestety przyjmuje tylko konkretne pokarmy.

Nie słodzimy, nie dajemy mleka. Nie zaślusowuje to chłopakom organizmu, więc katar z kaszlem też rzadko się pojawia.

Teraz, kiedy panuje jakiś paskudny wirus, przez który wszyscy dookoła mają chora krtań i oskrzela, my się bronimy. jest dobrze.
Mimo kaszlu, który czasem się pojawia, ale osłuchowo czyściutko, samopoczucie rewelacyjne.

Polecam.

A morał z tego jest taki sam jak rok temu. Im więcej syfu z aptek, im więcej cukru, nabiału, złej diety, tym my i nasze dzieci będziemy ciągle chorować.
Nie dawajcie sobie wmówić antybiotyku na wirus. Sprawdzcie CRP zanim go podacie.
Dla przykładu, zrobiła tak mądra mama mojego chrześniaka. Z receptą
na antybiotyk, sama zrobiła badanie, w którym wynik wyszedł śmiesznie mały. Oszczędziła mu dalszego niszczenia odporności i dużą dawką wit C postawiła bardzo szybko na nogi.
Da się?



Stop

Ostatnio ze znajomą, która nie posiada dzieci, wkroczyłyśmy na temat, który wzbudza zawsze wiele emocji. Klapsy.

Znajoma wychowała się w domu, gdzie były one na porządku dziennym. Kiedy któreś z dzieci coś przeskrobało, dostawało w tyłek, a potem siedziało w kącie. Wszystko w przyjemnej atmosferze krzyków. Przez dużą część rozmowy, popierała te metody.

- A nie wolałabyś, żeby Cię wtedy tata po prostu wziął na kolana, wyjaśnił na spokojnie co zrobiłaś źle, powiedział o konsekwencjach tego czynu, zwyczajnie, po ludzku, z Tobą porozmawiał?
- Nie
- Dlaczego?
- Bo wcale bym tego nie chciała, i tak o wszystko byłam ganiona, więc na pewno nie miałabym ochoty na jakiekolwiek rozmowy.

I tu jest pies pogrzebany. Błąd rodziców nie wynikał z samego karania czy klapsów. Problem zaczął narastać dużo wcześniej, w momencie, kiedy rodzice odrzucili bliskość relacji z dziećmi, a na pierwszy plan wrzucili tzw. pokazanie kto tu rządzi.

Po dłuższej rozmowie, wysłuchaniu moich argumentów o bliskości, o więzi, miłości, wzajemnym szacunku, znajoma przyznała mi rację:

- Fakt, w pewnym momencie stałam się grzecznym dzieckiem. Bo się bałam.
Zostałam przez ojca zastraszona, więc w konsekwencji, wolałam siedzieć cicho i nic się nie odzywać, nie robić nic, za co mogłoby mi się oberwać. A przecież dziecko nie wie jeszcze czy to co robi jest złe.

Dokładnie!
A mimo to krzykiem, karaniem, klapsami, wielu, wielu dorosłych, pokazuje swoim dzieciom, że są nikim, że to oni, rodzice, mają nad nimi przewagę. Że dzieci nie maja prawa do własnego zdania.

A teraz zastanówmy się, czy jeśli partner na nas krzyknie, powie nam coś niemiłego czy popełni jakiś błąd, stawiamy go za karę do kąta, albo wymierzamy "liścia"?

Przemoc rodzi przemoc.
Przemoc nie wychowuje.

Kary nie uczą.
Uczą naturalne konsekwencje.

Krzykiem zastraszymy.
Nie wzbudzimy szacunku.
Nie nauczymy jak żyć.

Nauczymy dzieci jedynie tego, że są słabe. Nieporadne.

I że nie ma w domu nikogo, komu mogą ufać i na kogo mogą liczyć.
Że nikt ich nie wesprze w trudnych chwilach, nawet w tych, w których popełniły jakiś błąd i żałują.
Nie powiedzą nam o tym.
Nie powiedzą o jedynce z kartkówki.
Nie powiedzą o imprezie o przyjaciela. Po prostu na nią wyjdą.
Nie powiedzą, kiedy opuści ich przyjaciel, ani kiedy się zakochają.
Nie przyprowadzą do domu znajomych, bo będą wstydzić się "starych".


I to właśnie drogi rodzicu, będzie konsekwencja tego, jaki sposób wychowania wybrałeś.


 

Luty?

Ok. Czuję wiosnę. Wiem, że jest dopiero pierwszy dzień lutego, aczkolwiek wiosna niesie ze sobą tyle fajnych rzeczy, że przymknijmy oko na nazwę miesiąca i skupmy się na pogodzie za oknem.  :)

A więc czuję wiosnę! Czuję zmiany! Uwielbiam tę porę roku. Jest zdecydowanie moją ulubioną. Nie mogę doczekać się, aż przyjdzie już ta ciepła, słoneczna, gdzie zrzucimy kurtki, czapki.

W sklepach pojawiły się fantastyczne kolekcje, nie mogę się doczekać, aż wpadnę na działy dziecięce kilku marek i wyjdę z pełnymi siatami. ;) W zeszłym miesiącu zaopatrzyłam chłopaków w nowe czapki z daszkiem. :)

Kiedy słońce wychodzi zza chmur, mam w sobie naprawdę dużo energii i chęci. Do wszystkiego. W piątek wysprzątałam więc mieszkanie i zaczęłam snuć wizje małych zmian.
I mimo, że brakuje kilku drobiazgów, wystarczył zakup półek, ramek czy kwiatków i mieszkanie nabrało nowego, przytulnego wyglądu.

Jeszcze przed latem zakupić drzwi do sypialni i może panele do salonu? ;)












Idąc dalej w zielony... :)



I mimo, że dzisiaj deszczowo, nic to nie zmienia, z utęsknieniem wyczekuję słońca, dalej pełna energii i gotowa na dalsze zmiany. :)

Nie wiem jak na wiosnę zaopatruję się alergik Emil, ale dzisiaj już lecimy po syrop, bo zaczyna się jak zawsze na początku roku. ;) Tymkowi w każdym bądź razie na pewno podoba się zrzucenie butów zimowych i noszenie tych ukochanych ze Spidermana. ;)